Testujemy In rays of the Light

Regularnie odpalam cyfrowy sklep Nintendo, by zaznajomić się z nadchodzącymi tytułami. W zdecydowanej większości przypadków beznamiętnie przeglądam kolejne pozycje i ostatecznie nie znajduję nic ciekawego, czego bym już wcześniej nie kojarzył. Pierwsze spojrzenie na materiały z produkcji, którą proponuje Sergey Noskov wywołały zgoła odmienne odczucia. Momentalnie zapragnąłem położyć swoje paluchy na Switchu z pobranym In rays of the Light. Mimo że to tylko reinterpretacja pecetówki sprzed kilku lat. Czy jednak ma to jakieś znaczenie, gdy można ją bez wstydu zestawić z przenośnym Crysisem pod względem wizualnym? Takich powrotów poproszę więcej!

in rays of the light

Spacer pośród zieleni

Zabawę rozpoczynamy w opuszczonej szkole. Budynek pogrążony jest w półmroku, a wnętrze rozświetlają jedynie promienie słońca wdzierające się przez liczne okna. Idealne podłoże pod jakiś horror! W zasadzie to nawet kojarzę jakąś grę, która startowała w podobnych okolicznościach, aby później próbować nas przestraszyć. In rays of the Light teoretycznie podpada pod bezpieczny symulator chodzenia, choć i tu znajdzie się pewien zwrot akcji zagęszczający atmosferę. Mimo to większość czasu spędzimy na bezstresowym przemierzaniu niewielkiego obszaru i rozwiązywaniu bardzo przystępnie zaprojektowanych zagadek.

Pierwsze opuszczenie betonowych murów otwiera przed nami iście sielankową scenerię. Sporo zieleni, śpiew ptaków i tylko kilka tropów, że kiedyś toczyło się tam normalne życie. W In rays of the Light zapomniane konstrukcje prażą się w letnim słońcu, co nieco przypomniało mi pobyt na mało uczęszczanych stacjach kolejowych w naszej części świata. Pomijając cel wirtualnej wędrówki fajnie było po prostu pospacerować po udostępnionym obszarze. Tym bardziej, że sam wątek fabularny okazuje się bardzo krótki. W każdym razie podróż na Wschód zdecydowanie warto rozważyć.

in rays of the light

Czy to aby na pewno Switch?

Po uruchomieniu In rays of the Light nie dostajemy zbyt wielu możliwości. Najlepiej po prostu rzucić się w wir rozgrywki i zaznajomić się ze sterowaniem w pierwszych jej minutach. Obsługa tytułu, jak i poruszanie się po wykreowanym świecie nie sprawiają najmniejszych problemów, co oczywiście bardzo cieszy. Zdecydowanie gorzej wypada bardzo mała czcionka, która nie spełnia swojej funkcji. Tekstu nie przewija się na szczęście zbyt dużo, ale warto odnotować pewną niedogodność z tym związaną. Oczywiście nie pogramy też po polsku.

Przywołane mankamenty z nawiązką wynagradza oprawa audiowizualna. In rays of the Light daje przedsmak na co stać Nintendo Switch w kwestii wyświetlania grafiki. Mając w pamięci całkiem sporo innych gier, których przenośne porty wyglądały obskurnie, tym bardziej muszę docenić wysiłek rosyjskiego autora. Z pewnością pomogła tu stosunkowo nieduża lokacja czy brak przeciwników, ale ciężko zaprzeczyć, że tytuł ma naprawdę przyjemne oświetlenie i porządnie wykonane tekstury. Całość prawdopodobnie nie śmiga w zbyt wysokiej rozdzielczości i często straszy aliasingiem, ale będąc w ruchu się tego nie dostrzega. Efekt końcowy śmiało można uznać za satysfakcjonujący, choć nie obyło się bez zwolnień animacji, szczególnie podczas zakończenia.

in rays of the light

In rays of the Light – werdykt

Nie często trafia się okazja, by przetestować możliwości Nintendo Switch. Tytuły first-party bywają bardzo ładne, ale na ogół trochę cukierkowe, stąd ciężko trzeźwym okiem ocenić ich wygląd. In rays of the Light zaskakuje porządnym wykonaniem i pokazuje, że przenośne porty pecetowych tytułów mogą prezentować się naprawdę dobrze. Zdecydowanie warto sprawdzić to samemu, szczególnie przy niezbyt wygórowanej cenie wyjściowej.

Zrzuty ekranu: SwitchLite.pl

Kopię do testów udostępnił autor gry

Zobacz też: The Magnificent Trufflepigs