Testujemy Green Hell

Bodajże najbardziej wyczekiwany przeze mnie port gry z komputerów osobistych w końcu zawitał na Pstryczka. W dodatku póki co to jedyna konsolowa wersja tej produkcji. Nie tak dawno Crytek udowodnił, że nawet na handheldzie Nintendo dżungla może wyglądać przekonująco, więc i oczekiwania względem Green Hell miałem spore. Tym bardziej, iż pierwowzór to naprawdę pięknie prezentujący się tytuł. Sporo czasu minęło już od zapowiedzi przenośnej konwersji, można było zatem spodziewać się niezłego efektu końcowego i należytego dopieszczenia kodu. Czy faktycznie warto zainteresować się autorskim projektem Creepy Jar w tym wydaniu?

green hell

Zielone piekło…

Green Hell wita nas świetnie wykonanym menu i ogromem możliwości personalizacji stylu zabawy. Po wybraniu tego właściwego trybu możemy szczegółowo określić poziom trudności i uczynić tytuł maksymalnie przystępnym lub wręcz przeciwnie. Dla wielu naturalnym wyborem będzie fabularyzowana historia, która jednocześnie posłuży jako swego rodzaju samouczek przed dłuższym romansem z grą. Ogólnie zatrważająca wręcz liczba rzeczy może nam tu zaszkodzić – od dzikich zwierząt, po tubylców, na własnej nieuwadze kończąc. Tylko od nas zależy, które z tych czynników pozostawimy we własnej wersji przedstawionego świata, choć nawet najbardziej odprężająca opcja nie uchroni choćby przed upadkiem z klifu…

A wtedy pozostanie wczytanie ostatniego zapisu, tak zapisu, nie punktu kontrolnego. O tych można zapomnieć, a zachować swoje postępy możemy jedynie w ściśle wydzielonych lokacjach. Trochę kontrowersyjne i upierdliwe rozwiązanie. Tym bardziej, że w zasadzie żadna czynność nie odbywa się tutaj automatycznie. Tak podstawowa kwestia jak rozpalenie ogniska wymaga zebrania chrustu oraz manualnego wzniecenia ognia. Wspomniane podejście do rozgrywki oddaje wszystkim śmiałkom ogromne pole do popisu, przez co obcowanie z polską propozycją daje mnóstwo frajdy. Nawet, gdy nic konkretnego nie robimy. Samo przemierzanie rozległej mapy i wyszukiwanie na niej rzeczy do roboty daje sporą satysfakcję.

green hell

…Switcha nie przypiekło

Odpowiedzmy sobie zatem na pytanie – czy na Switchu dostajemy pełnoprawny produkt? Menu już chwaliłem, interfejs również nie sprawia żadnych problemów. Gołym okiem widać ogrom pracy włożony we wspomniane aspekty. Nie zabrakło też polskiej wersji językowej, a wszelakich opisów tutaj nie brakuje. Dialogów jest nieco mniej, ale na plus obecność udźwiękowienia. Polonizacja ominęła jednak niektóre graficzne elementy. Czasem też kuleje ich czytelność, choć dociekliwi powinni sobie poradzić. W końcu mały ekran to zmora również autorów Green Hell, nie tylko graczy.

Oprawa audiowizualna nie powala, jednak ma swoje momenty. Grafika doczekała się sporej ilości kompromisów, więc na tle remasteru Crysisa tytuł nie wypada olśniewająco. Jest ładnie, ale trudno nie zauważyć rozmytych tekstur i fatalnie prezentującego się nieba. Słabo wypada też zasięg rysowania obiektów. Natomiast warstwa dźwiękowa na duży plus, nie bardzo jest się do czego przyczepić. Optymalizacja też udała się nieźle, jakichś większych spadków płynności nie odnotowałem. Taki standard przy przeciętnych wrażeniach wizualnych.

green hell

Green Hell – podsumowanie

Przenośna wersja Green Hell to nadal świetna propozycja dla wszystkich chcących spróbować przetrwać w środku dżungli. Teraz godząc się na trochę kompromisów można to zrobić w niemal dowolnym miejscu. Nintendo Switch otrzymuje zatem kolejny dobrze wykonany port polskiej gry.

Zrzuty ekranu: SwitchLite.pl

Kopię do testów dostarczył wydawca – Forever Entertainment